poniedziałek, 10 października 2011

Oleśnicki układ sił politycznych

Wczorajsze wybory pokazały rozkład sił politycznych w naszym kraju. Zdecydowanie wygrała PO, która najprawdopodobniej ponownie utworzy koalicję z "wiecznym" koalicjantem wszystkich, czyli z PSL-em. Dla "prezesa" to bodajże 6. przegrane wybory z kolei (ale prezes się nie martwi i broni nie składa). W Oleśnicy również wygrała PO, z przewagą nawet większą niż średnia krajowa.

Jednak dość symptomatyczne jest to, że oleśniczanie nie głosowali na "swoich". Wystarczy spojrzeć na zestawienie ilości głosów uzyskanych przez poszczególnych "oleśnickich" kandydatów w całym okręgu wyborczym nr 3, w porównaniu z ilością głosów, którą uzyskał poseł-elekt o najmniejszym poparciu spośród wybranych (niebieska linia ciągła).

Wyniki oleśnickich kandydatów w wyborach parlamentarnych w 2011 r.

Wyraźnie widać, że żaden ze "swojaków" nawet nie zbliżył się do mandatu. Jeśli przyjrzeć się podobnym zestawieniom z wyników wyborów z lat 2005* (rok rekordowy dla Oleśnicy):
Wyniki oleśnickich kandydatów w wyborach parlamentarnych w 2005 r.
 i 2007*:

Wyniki oleśnickich kandydatów w wyborach parlamentarnych w 2007 r.

to rok 2011 wypada pod tym względem tragicznie: wszyscy kandydaci mocno pod kreską, brak jakiejkolwiek indywidualności, która mogłaby znacząco pociągnąć wynik całego komitetu wyborczego. Jeszcze 6 i 4 lata temu powiat oleśnicki posiadał takie indywidualności (jakkolwiek kontrowersyjne by one nie były, to Oleśnica miała "mocnych" reprezentantów na Wiejskiej). Do podobnych wniosków można dojść, gdy porówna się sumy głosów uzyskanych przez oleśnickich kandydatów w tych trzech głosowaniach:

Sumy wszystkich głosów oddanych na oleśnickich kandydatów w wyborach parlamentarnych z lat 2005, 2007 i 2011.
Wykresy te pokazują słabość oleśnickich pretendentów i małość lokalnych liderów partyjnych. "Małość", bo z takimi wynikami naprawdę trudno mówić o "wielkości". O ile jeszcze w wyborach samorządowych, na własnym podwórku lokalni partyjni działacze mogą się czuć pewnie, to progi regionalnych siedzib partyjnych są już dla nich zbyt wysokie. W skali regionu nie mają nic do powiedzenia, a przez władze swoich ugrupowań są traktowani z przymrużeniem oka.

We wczorajszym głosowaniu oleśniczanie, zamiast ziomków z powiatu, wybrali PEWNIAKÓW z PO i PiS oraz powiew świeżości (równie świeży, co niepewny) z RP. Wśród "pewniaków" - dwóch zobowiązało się zawalczyć dla Oleśnicy.

Jeden - młody, ambitny, pełen dobrych chęci. Sam kilkukrotnie odwiedzał nasze miasto. Wśród swoich materiałów wyborczych miał ulotkę dedykowaną właśnie mieszkańcom Oleśnicy, w których zobowiązał się do aktywnej walki oleśnickie lotnisko. I chyba tym właśnie ujął ich serca, bo dość chętnie oddawali oni na niego swoje niezagospodarowane przez lokalnych kandydatów głosy (w powiecie uzbierał ich 1281).

Drugi - typowy partyjny wyrobnik, "fighter" kontrolujący partyjny aparat, nie mający zbyt dobrej opinii wśród znawców tematu. Ten z kolei z Oleśnicą miał niewiele wspólnego (tak przynajmniej można było wywnioskować z jego materiałów wyborczych), a o głosy oleśniczan zabiegał za pośrednictwem Pana Burmistrza. To jego Pan Burmistrz przedstawił jako swojego "sojusznika", który sprawi, że oleśnicki zamek zostanie przekazany miastu i dzięki temu odzyska swoją dawną świetność. Ów sojusznik zdobył w powiecie oleśnickim 803 głosy, co niewątpliwie pomogło mu w zdobyciu poselskiego mandatu.

Skoro Oleśnica nie ma własnej reprezentacji, musi liczyć na pomoc z zewnątrz. Bardzo chciałbym wierzyć w zapewnienia obu panów. Najbliższe 2-3 lata pokażą, czy aby nie były to słowa rzucone na wiatr. A obiecali wiele: każdy z nich - dużo więcej niż wszyscy oleśniccy kandydaci razem wzięci.

* Pomimo najlepszych chęci, mogło się zdarzyć, że jakiś kandydat z powiatu oleśnickiego umknął mojej uwadze, za co z góry najmocniej przepraszam.

Zbieżne:

sobota, 8 października 2011

Cisza... i po ciszy!

Ze względu na obowiązującą w naszym kraju ciszę wyborczą, tymczasowo zablokowałem możliwość komentowania postów. Możliwość dodawania komentarzy wróci w niedzielę, po godz. 21:00.

Za powstałe utrudnienia bardzo przepraszam i zapraszam do zaktualizowanego "Kompleksowego kalendarium"...

Możliwość dodawania komentarzy została własnie (godz. 21:17) przywrócona.

czwartek, 6 października 2011

Pan Burmistrz i jego "sojusznicy"

Burmistrz Oleśnicy rzucił się dziś na mnie... trzy razy! Za każdym razem ze skrzynki pocztowej.

Za pierwszym razem, gdy zobaczyłem "list" zaadresowany "do: Mieszkańców Oleśnicy", pomyślałem - MIŁO. Było miło, dopóki nie zajrzałem do środka. A tam - Pan Burmistrz w pozie do złudzenia przypominającej tę z jego prywatno-służbowej strony internetowej (pewnie ta sama sesja zdjęciowa) apeluje do mnie, abym w najbliższych wyborach zagłosował na "naszych sojuszników" i nazywa tych "sojuszników" po imieniu. Jak się okazuje, sojusznik jest jeden, ale za to DWOJGA NAZWISK...


Za drugim razem - z "gazety". "Gazeta" miała banalny tytuł: "Gazeta Informacyjna". Niestety nie można  było tam znaleźć lokalnych "informacji" z powiatów oleśnickiego, górowskiego, wołowskiego, wrocławskiego, średzkiego, milickiego, strzelińskiego, trzebnickiego i oławskiego. Otóż zadaniem "Gazety Informacyjnej" było poinformowanie wyborców na kogo zagłosują tamtejsze władze samorządowe w wyborach do Senatu. Wybór Pana Burmistrza padł na kandydata z tej samej opcji politycznej, co wspomniany wyżej "sojusznik". Obaj nie mają nic wspólnego z Oleśnicą.

Trzeci materiał miał najbardziej prozaiczny charakter: zwykła ulotka wyborcza. Za to Pan Burmistrz w doborowym towarzystwie Premiera RP i Marszałka Sejmu znów udziela poparcia "sojusznikowi". Sam "sojusznik" przedstawia swój program, ale nie ma w nim ani słowa o Oleśnicy.

Po tych trzech razach boję się zajrzeć do lodówki, żeby czasem nie natknąć się na Pana Burmistrza nawołującego do głosowania na "sojuszników".

Doprawdy, dziwię się Panu Burmistrzowi, że dał się wciągnąć w kampanię wyborczą i użyczył swojego wizerunku na potrzeby partii politycznej. W moich oczach już w zeszłym roku utracił opinię samorządowca niezależnego, niezwiązanego z żadną opcją polityczną, nawet jeśli nie posiada partyjnej legitymacji. Teraz, z listu adresowanego do mieszkańców Oleśnicy, dowiedzieć się mogą o tym wszyscy. Co go skłoniło do takiej postawy? On jeden raczy wiedzieć.

Natomiast w jednym trzeba przyznać Panu Burmistrzowi rację. Udzielając swego poparcia kandydatowi niezwiązanemu z Oleśnicą pokazał, iż jego zdaniem, oleśniccy kandydaci w ogólnopolskim wyścigu na Wiejską się nie liczą. Co ciekawe - nie pomógł nawet swojemu wieloletniemu (można by powiedzieć "etatowemu") zastępcy, który z lokalnych kandydatów ma chyba najlepszą pozycję wyjściową. I nie pomogą tutaj żadne lokalne sojusze i deklaracje, czy inne teatralne gesty wykonywane pod publiczkę:  niemoc i miałkość oleśnickich kandydatów jest godna pożałowania. Pan Burmistrz wybrał "sojusznika", który, jak wynika materiałów, miałby pomóc Panu Burmistrzowi w zdobyciu oleśnickiego zamku. Zastanawiam się, jakąż to siłą sprawczą dysponuje ów "sojusznik"?!? Region miał już wielu parlamentarzystów i żaden z nich nie pomógł Panu Burmistrzowi w przejęciu zamku. Więc kimże jest "sojusznik" i dlaczego jest "sojusznikiem" na odległość? Czy w czasie kończącej się kampanii wyborczej raczył był chociaż odwiedzić Oleśnicę i osobiście zabiegać o głosy oleśniczan?

A że "sojusznik" jest typowym partyjnym funkcjonariuszem... To już inna sprawa...

Zbieżne:


poniedziałek, 26 września 2011

Prawda ratusza, a prawda obiektywna

Długo zwlekałem z tym tekstem. Mniej więcej od miesiąca, cały czas ten temat chodził mi po głowie. Prawda? Czy nie prawda? Kto ma rację? Biłem się z wątpliwościami. Nie chciałem strzelać w ciemno, więc postanowiłem zasięgnąć opinii. Opinia przyszła dzisiaj.
Ostrzegam: będzie długo, nudno i nieprzyjemnie! No może nie do końca nudno, bo będą zwroty akcji.

Prawie dokładnie miesiąc temu byłem świadkiem spektaklu:

Oto radny Rady Miasta z ramienia Porozumienia Samorządowego 2002 (a jakże!!!), jako pierwszy zabiera głos w dyskusji na temat wykonania budżetu miasta w pierwszym półroczu roku bieżącego. I od razu zadaje "najtrudniejsze" pytanie, coś w rodzaju: "Panie Burmistrzu, jak to jest z tym kompleksem sportowym?". 
Pan Burmistrz dokładnie takiego pytania oczekiwał - był świetnie przygotowany! Odpowiadał koncertowo! Rzucał przykładami jak z rękawa! Wśród paragrafów i liczb poruszał się jak ryba w wodzie! Od czasu do czasu posługiwał się co prawda materiałami na kartkach, ale to wszystko wyglądało bardzo naturalnie. Cytował nawet przyjęte kilka dni wcześniej stanowisko Rządu, "które odrzuca, negatywnie opiniuje (...) zmiany (w projekcie ustawy o zamówieniach publicznych: przypis mój) dotyczące stosowania innych kryteriów niż cena". Dalej było już tylko utyskiwanie na Ustawę o Zamówieniach Publicznych, przykłady z innych miast mających takie same i rzekomo nawet większe problemy niż Oleśnica.

Obszerną, prawie półgodzinną relację z tego przedstawienia można obejrzeć tutaj:


Dzięki temu przedstawieniu, do opinii publicznej trafił przekaz: "Zrobiliśmy wszystko, żeby wykluczyć nierzetelnego wykonawcę z przetargu. Nie udało się. Teraz mamy problemy. To nie nasza wina, ale  winna jest ustawa, która jest beznadziejna! Patrzcie: nawet sam Rząd i sam Urząd Zamówień Publicznych podzielają naszą opinię! Więc dlaczego, do jasnej Anielki, wszyscy się czepiacie?!?!"

W trakcie wystąpienia Pana Burmistrza, bez trudu odnalazłem stanowisko rządu, na które się powoływał (polecam:  od 4 minuty 31 sekundy filmu). Zacząłem je czytać. Próbowałem zrozumieć ten urzędniczy bełkot. A najbardziej zaintrygowały mnie słowa: "w sytuacji gdy zamawiający dokonuje szczegółowego opisu przedmiotu zamówienia i precyzyjnie określa zarówno termin wykonania zamówienia, warunki gwarancji, parametry techniczne i jakościowe, określanie dodatkowego, poza ceną, kryterium oceny ofert, jest bezprzedmiotowe – albowiem kwestie te są bezwzględnie wymagane od ka dego z wykonawców przystępujących do postepowania o udzielenie zamówienia. Tym samym w przedstawionej sytuacji jedynym kryterium powinna być cena".
Przeczytałem raz... Drugi... Trzeci... No w sumie logiczne! Tak logiczne i tak oczywiste, że aż żenujące! Skoro w specyfikacji warunków zamówienia znajduje się WSZYSTKO, POZA CENĄ, to trudno wymagać, by kryterium oceny ofert stanowiło cokolwiek innego niż cena! No bo co innego? Kolor koperty? Bez sensu!

A gdyby tak okres gwarancyjny umieścić nie w opisie dotyczącym przedmiotu zamówienia, który jest jednakowy dla wszystkich oferentów, ale właśnie wśród kryteriów oceny ofert? Wówczas oferenci mogliby się licytować na długość okresu gwarancyjnego i oczywiście korzystniejsze byłyby te oferty, które zawierałyby dłuższy okres gwarancyjny. Jednak w dalszym ciągu trapiły mnie wątpliwości: może się nie da? Może to jest niemożliwe w przypadku zamówień na roboty budowlane? Tak przynajmniej mogło wynikać ze słów Pana Burmistrza.

Jako człowiek dociekliwy, postanowiłem poradzić się ekspertów. Wysłałem zapytania z dokładnym i obiektywnym opisem całej sprawy do dwóch znawców tematu: do p. Tomasza Czajkowskiego, byłego prezesa Urzędu Zamówień Publicznych, obecnie redaktora naczelnego czasopisma "Zamówienia Publiczne Doradca", oraz do p. Adriana Furgalskiego, niezależnego eksperta, członka Zespołu Doradców Gospodarczych 'TOR'.

Pierwszy z ekspertów nie odpowiedział na maila. Ale wydaje mi się, że wystarczającą odpowiedź na moje pytanie znalazłem w jednym z wywiadów udzielonych przez niego Gazecie Wyborczej (wywiad opublikowany w dniu 13. czerwca 2011):
"W ubiegłym roku cena była jedynym kryterium w 95 proc. przetargów budowlanych! Dlaczego organizujący je urzędnicy tak rzadko sięgają po inne kryteria, np. długość okresu gwarancji? Przyczyn może być wiele, ale według mnie najczęstszą jest asekurancki stosunek zamawiających. Boją się, że jeśli wybiorą ofertę nie najtańszą, w jakimś sensie staną się nie tyle podejrzani, co (...) zainteresuje się nimi np. Centralne Biuro Antykorupcyjne. (...) Kiedyś zapytałem o to kilku samorządowców. Za każdym razem odpowiedź była mniej więcej taka: gdybym wybrał drugą czy trzecią w kolejności cenową ofertę, to musiałbym się gęsto tłumaczyć kontrolerom z Regionalnej Izby Obrachunkowej. A istniałoby też duże prawdopodobieństwo, że pójdzie jakaś notatka do CBA. Na co mi te problemy".
I dalej:
"(...) przede wszystkim zamawiający muszą zrozumieć, że stosując wyłącznie kryterium cenowe, strzelają sobie w kolano. Utarło się w naszym kraju - według mnie - szkodliwe przekonanie, że kto kupuje najtaniej, ten jest gospodarny, postępuje dokładnie wedle tego, co mówi ustawa o finansach publicznych. I w związku z tym zasługuje na uznanie i pochwałę".

Drugi z ekspertów, p. Adrian Furgalski przysłał mi dziś taką oto odpowiedź:
"Jeśli podstawowe pytanie brzmi, czy w przetargu należało oprócz kryterium ceny umieścić np. kryterium gwarancji, to odpowiedzi sam Pan sobie udzielił :) Dzisiaj tak konstruowane są wszystkie przetargi na budowy dróg przez Państwo: cena, okres gwarancji i czasami zaczyna teraz być stosowany okres realizacji budowy. Tak więc, nic oczywiście nie zobowiązuje zamawiającego do nadania cenie wagi 100%. W SIWZ trzeba bardziej skoncentrować się na wymaganiach względem oferentów, żeby starać się odsiać mało wiarygodnych. A w ofertach można pograć wówczas nie tylko ceną. W Sejmie nowej kadencji mam nadzieję będzie nowela ustawy pzp i ocena techniczna potencjalnego wykonawcy stanie się pierwszym etapem każdego przetargu na roboty budowlane".

W tym momencie wszystkie moje wątpliwości zostały rozwiane!
Niestety, w świetle powyższych wypowiedzi ekspertów, należy stwierdzić, że Pan Burmistrz wprowadził opinię publiczną w błąd! Nigdzie, absolutnie nigdzie nie istnieje wymóg określania ceny, jako JEDYNEGO kryterium wyboru najkorzystniejszej oferty! Wręcz przeciwnie: według słów p. Furgalskiego, inne kryteria - dotyczące tylko i wyłącznie przedmiotu zamówienia - POWINNY być stosowane, by "odsiać" nierzetelnych wykonawców. Niestety Pan Burmistrz z tej okazji nie skorzystał, zastosował jedynie słuszne kryterium, przez co mamy w Oleśnicy taką, a nie inną sytuację... Sytuację, z którą Pan Burmistrz poradzić sobie nie potrafi i której końca nie widać...

Osobiście bardziej skłonny jestem zaufać niezależnym ekspertom, niż uwierzyć w tłumaczenia Pana Burmistrza i jego zapewnienia, zrobił wszystko, by wykluczyć nierzetelnego wykonawcę z przetargu. W tym przypadku, opinia obiektywnego eksperta bierze górę nad "wiedzą i doświadczeniem" Pana Burmistrza.

Wszystko wskazuje na to, że Pan Burmistrz na swój sposób zinterpretował stanowisko Rządu, tylko po to, by wybielić się w oczach opinii publicznej. Jestem w stanie tolerować różne wpadki Pana Burmistrza... Ale naginanie faktów i wprowadzanie opinii publicznej w błąd nie przystoi osobie na tak eksponowanym stanowisku...

A może właśnie taka jest władza? Propaganda sukcesu i przekonanie o własnej nieomylności?

PS. Osobom zainteresowanym mogę udostępnić pełną treść korespondencji z p. Adrianem Furgalskim. Mój adres mailowy: siedlaq@gmail.com.


Zbieżne:

piątek, 16 września 2011

"Aktywna" porażka, czyli Oleśnica w sieci II

Dziś kontynuacja wątku "Oleśnica w sieci". Tym razem na warsztat wziąłem witrynę powstałą z inicjatywy Urzędu Miasta Oleśnicy i Urzędu Gminy Oleśnica. A adres jej: www.aktywnaolesnica.pl

Strona powstała w ramach programu "Rozwój turystyki aktywnej poprzez wsparcie promocyjne Miasta i Gminy Oleśnica" współfinansowanego przez Unię Europejską. Cały program kosztował 84 119,69 PLN, z czego unijne dofinansowanie wyniosło 58 798,39 PLN. Niewątpliwie powód do dumy, bo przecież w Oleśnicy nie gęsi i środki unijne zdobywają!
Gdy patrzy się na tę witrynę, najbardziej zaskakuje obecność słowa "aktywna" w adresie. "Aktywny" to według słownika języka polskiego: "podlegający intensywnym procesom fizycznym lub chemicznym". Najwyraźniej intensywność procesów fizycznych na stronie www.aktywnaolesnica.pl ulegała znacznym fluktuacjom, aż do ich całkowitego zaniku, bo ostatni tekst w dziale "AKTUALNOŚCI" został umieszczony 1. lipca bieżącego roku, a dotyczy... "Nocy Świętojańskiej", czyli imprezy organizowanej przez Lokalną Grupę Działania Dobra Widawa.

www.aktywnaolesnica.pl - Aktualności (1)
Ale i tak trzeba przyznać Gminie Oleśnica, że wykazała się większą determinacją w aktualizacji strony, bo jeśli chodzi o ostatni news z Miasta Oleśnica, to dotyczy on spektaklu teatralnego "Duety", a dodany został... 21. kwietnia bieżącego roku. Ale za to równocześnie z dwoma innymi:

www.aktywnaolesnica.pl - Aktualności (2)

Niewiele lepiej jest w dziale "WYDARZENIA". Gdyby brać pod uwagę TYLKO tę stronę internetową (przypominam: współtworzoną przez Urząd Miasta Oleśnica i Urząd Gminy Oleśnica), to od czerwca w Oleśnicy nie działo się nic, co byłoby godne warte uwagi internauty:

www.aktywnaolesnica.pl - Wydarzenia
Trochę mało, jak na "aktywną Oleśnicę".
Zajrzyjmy do "OBIEKTÓW":

www.aktywnaolesnica.pl - Obiekty
A tutaj ciekawostka: UMO chwali się basenem otwartym, o którym wszyscy wiemy, że go jeszcze nie ma...

Na koniec starym zwyczajem zajrzałem na wersję angielską strony. A tam... ZASKOCZENIE!

www.aktywnaolesnica.pl - News
www.aktywnaolesnica.pl - Events
Wersja angielska świeci pustkami. I tak w każdym "angielskim" dziale, poza mapą. Czyżby "aktywna" Oleśnica nie miała nic do zaoferowania turystom z zagranicy?

A jakby jakiś nadgorliwy turysta chciał zgłosić jakieś uwagi do działania i wyglądu strony, to po kliknięciu "KONTAKT"...

www.aktywnaolesnica.pl - Kontakt
... mocno się rozczaruje.

Po tej krótkiej analizie zawartości strony mającej na celu promocję i "rozwój turystyki aktywnej" w naszym regionie, można wyciągnąć następujące wnioski:
- albo w Oleśnicy nie dzieje się nic ciekawego; jeśli tak, to określenie "aktywna Oleśnica" brzmiałoby jak okrutny żart,
- albo wydatki na stronę internetową przerosły przewidziany na nią budżet,
- albo któryś miejskich urzędników (Sekretarz Miasta?) ambicjonalnie podszedł do tematu i sam - chałupniczo - stworzył tę stronę, bo chciał nauczyć się tworzenia stron internetowych; po czym nagle mu się odechciało,
- albo urzędnicy, najzwyczajniej w świecie, zapomnieli o tej stronie. Może administrator zapomniał hasła?

Wyjaśnienie - jakiekolwiek by nie było - nie usprawiedliwi ani UMO, ani twórców strony. Jeśli witryna www.aktywnaolesnica.pl miałaby pozostać w obecnej postaci "na wieki", to chyba lepiej, żeby zniknęła z przestrzeni internetowej. NA ZAWSZE. Bo, doprawdy, w najmniejszym stopniu nie przyczynia się do rozwoju aktywnej turystyki w naszym regionie...

Krótko mówiąc: CEL CHWALEBNY, WYKONANIE HANIEBNE. Nie po raz pierwszy...
... i nie po raz ostatni: 
Ciąg Dalszy (niestety) Nastąpi...

Zbieżne:

piątek, 9 września 2011

Ratusz idzie na wojnę...

...z oleśnickimi przedsiębiorcami. I to na wielu frontach!

Front pierwszy - tutaj toczą się najcięższe boje. Grupa Armii "Zachód" pod dowództwem samego Pana Generała, zgrupowana w okolicach ulicy Skłodowskiej-Curie już od kilkunastu miesięcy bezskutecznie oblega Zielony Rynek zaciekle broniony przez oddziały "Handlexu". Kilka dni temu, na swojej stronie internetowej, dowódca Ratuszowych zarządził zmianę taktyki: "Jedyne, co mógłbym postulować, to bojkot tego miejsca przez samych mieszkańców i takie działanie może zmienić wygląd tego obszaru, bo z Urzędu ze względu na prywatną własność już więcej zrobić nie można. Zapewniam jednak, że cały czas monitorujemy sytuację i nie ustajemy we wszelkich możliwych działaniach". Sytuacja Ratuszowych na tym froncie jest trudna, ale nie beznadziejna.

Front drugi. Grupa Armii "Centrum", również dowodzona przez Pana Generała, prowadzi działania zaczepne, skierowane przeciwko rebeliantom, potocznie zwanym "Żabki". Do bezpośrednich starć jeszcze nie doszło, ale głównodowodzący zapowiedział, że chciałby osobiście i skutecznie rozwiązać problem rebeliantów: "Jeśli działania Komisji Przeciwdziałania Alkoholizmowi nie przyniosą skutku, to rozważam przygotowanie projektu uchwały ograniczającego czas działalności placówek handlowych".

Front trzeci. Grupa Armii "Południe", której dowodzącym jest Pan Pułkownik, została skierowana przeciwko grupce rebeliantów dowodzonych przez ludzi określanych pseudonimami "Optyk", "Kosmetyk" i "Kwiaciarz". Jeden z wyższych stopniem oficerów ratuszowych wyjaśnia przyczyny takiego manewru taktycznego: "Umowy dzierżawy na ten teren wygasły i miasto postanowiło ich nie  przedłużać. Chcemy, żeby ustawione tam przez dzierżawców pawilony zostały przez nich usunięte. Obowiązkiem dzierżawcy po zakończeniu umowy jest usunięcie poniesionych nakładów". Pan Pułkownik, znany ze swojego ciosu sierpowego, niekoniecznie lewego, nie przebiera w słowach, gdy wypowiada się o przeciwniku: "Te obiekty szpecą, wstrętnie to wygląda, niektóre są nieczynne i dlatego chcemy się tego pozbyć". Do starć jeszcze nie doszło, na razie obie strony okopują się na swoich pozycjach.

Przed nami długa i krwawa wojna. Wojna, w której strony nie będą przebierać w środkach, a jeńcy brani nie będą. Niestety, najgorsze, co Oleśnicę czeka, to smutny krajobraz po bitwie:
Zniszczenia wojenne w Oleśnicy. (Zdjęcie pochodzi ze strony Pana Marka Nienałtowskiego: www.olesnica.org)

wtorek, 6 września 2011

Lingwistyczna porażka, czyli Oleśnica w sieci

Jakiś czas temu miała miejsce premiera nowej, odświeżonej wersji oficjalnej strony internetowej miasta. Zgrabna szata graficzna: wieże, róże, Ola; aktualne wiadomości z miasta; historia miasta wreszcie skonsultowana z p. Markiem Nienałtowskim; Kino Krótkich Filmów; sonda społeczna niegdyś buńczucznie zwana "konsultacjami społecznymi". Dla Pana Burmistrza, rajców i urzędników - powód do zadowolenia. Dla mieszkańców - przydatne źródło informacji i powód do dumy, bo w końcu Oleśnica może się pochwalić swoją stroną internetową.


Nowa strona internetowa Urzędu Miasta Oleśnicy (kliknij aby powiększyć).
 

Spora część mieszkańców zwróciła uwagę na nową odsłonę witryny internetowej miasta. I chyba nawet niektórzy ją polubili, bo trzeba przyznać poprzednia była odpychająca. Wydawać by się mogło, że UMO zaprezentował nową jakość. Ale to tylko pozory...

Bo jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Wystarczy jedynie zmienić język witryny, klikając w brytyjską flagę umieszczoną w prawym górnym rogu strony, by "nowa jakość" ukazała swoje prawdziwe oblicze:

Strona internetowa Urzędu Miasta Oleśnicy w wersji anglojęzycznej (kliknij aby powiększyć).
Oto bowiem z przyzwoitej strony internetowej ambitnego miasta powiatowego, przechodzimy do strony internetowej, którą na angielski tłumaczył niezbyt ambitny uczeń szkoły podstawowej (bez urazy dla uczniów podstawówek). Bo takie efekty daje bezmyślne użycie bezmyślnego translatora online. Ja specjalistą od angielszczyzny nigdy nie byłem, nie jestem i nigdy nie będę. Ale po tym, co zobaczyłem na GŁÓWNEJ STRONIE Urzędu Miasta, włos mi się zjeżył na głowie. Oto kilka przykładów drastycznych błędów:

1. Data: "Today is: 06.09.2011r." - każdy potencjalny obcokrajowiec, zanim przejdzie do dalszej części witryny, zastanowi się, co takiego oznacza "r" z kropeczką po "2011". I pewnie się domyśli, o co chodzi, ale niepotrzebnie straci cenny czas...

2. "Name: Beaty, Eugene, Zechariah" - imię? Kogo? Twórców strony? Burmistrza? Po angielsku "imieniny" to "name day". W dodatku translator nieco zgłupiał przy tłumaczeniu imienia "Beata" w dopełniaczu. Sugestia - imion nie trzeba tłumaczyć na języki obce.

3. Nowość na stronie - zawsze aktualne informacje z kraju (i nie tylko) dzięki serwisowi tvn24.pl. Miało być nowocześnie, miało być aktualnie. Tyle, że automatyczne tłumaczenie tych newsów prowadzi do takich kwiatków, jak np.: "Zapylili him GMOs. He has trouble". W dodatku kliknięcie na ten przesuwający się pasek prowadzi do polskojęzycznego serwisu. Po co?

4. "Oleśnica - miasto wież i róż" - niby tak. Niby wszystko się zgadza, ale hasło to umieszczone w anglojęzycznej wersji witryny - aż razi w oczy. No bo czy zrozumie je taki przykładowy Pan John Smith? Szczerze nie sądzę. Czy nie lepiej brzmiałoby: "Oleśnica - city of towers and roses"?

5. "Page home" - a może "Home page"? "Main page"?

6. "Plan cities" - kwiatek nad kwiatki! To tak, jakby zwrot "dziękuję z góry" przetłumaczyć na "thank you from the mountain"! Głupi translator nie rozróżnia "miasta" - dopełniacza liczby pojedynczej od "miasta" - mianownika liczby mnogiej.

7. "Organizations and inst#%&#irectory" - czasem zwroty dosłownie tłumaczone z polskiego na  język obcy są dłuższe od polskiego oryginału. Czasem na odwrót. A to prowadzi do takich właśnie przeformatowań.

8. "10. festiwal Jazz Sofa" - ni to po polskiemu, ni to po angielskiemu. Pozostaje domyślać się, że chodzi o "10. Festiwal Jazz Na Kanapie". Takie pseudotłumaczenie nie robi reklamy jednemu z najciekawszych i najsłynniejszych wydarzeń kulturalnych w naszym mieście.

9. "sports hall of the city center of culture and sport" - niby dobrze, ale wychodzi tautologia...

10. "we present a draft e-education" - owszem, "draft" to "projekt", ale w sensie "szkicu", "zarysu". Tutaj powinno się użyć "project". I brzmi podobnie, i wygląda lepiej...

To niektóre kwiatki ze strony głównej witryny www.olesnica.pl. Głębiej bałem się zaglądać. Stanowią one dobry przykład na to, że używanie bezdusznych i bezmyślnych translatorów na potrzeby oficjalnych pism i stron internetowych nie jest zbyt profesjonalne.

Ciekaw jestem, jak z językami radzą sobie najważniejsze osoby w mieście - Pan Burmistrz, jego zastępcy, Pan Sekretarz, Pani Rzecznik? Reprezentują miasto, kontaktują się z miastami partnerskimi, być może z inwestorami; Pan Burmistrz często jeździ do Brukseli... Być może jakąś tam znajomością jakiegoś języka obcego pochwalić się mogą... Jeśli tak, to na www.olesnica.pl w wersji anglojęzycznej raczej nie zaglądają... Bo trudno uwierzyć, że dopuściliby do takiej kompromitacji!

A tak swoją drogą, ciekawe ile kosztowała nowa strona Urzędu Miasta? Pewnie niemało...


Zbieżne:

czwartek, 1 września 2011

Wybory 2011. Pójdziesz?

Rok 2011 jest trzecim z rzędu rokiem wyborczym. Wczoraj o północy minął termin rejestracji list wyborczych do parlamentu. W wyborach tych wystartuje kilkoro reprezentantów powiatu oleśnickiego.

Niestety, w obliczu politycznej emigracji blond-wilczycy rodem z Sycowa, nasza lokalna reprezentacja w wyborach parlamentarnych prezentuje się bardziej niż skromnie. Prawda jest taka, że większość z nich wystąpi jedynie w charakterze statystów. Nawet mizerne szóste miejsce wiceburmistrza Oleśnicy na liście SLD, to pozycja w ogóle nieosiągalna dla reszty kandydatów. Być może rola "wypełniaczy" przypadła im z racji braku partyjno-wyborczego doświadczenia? Być może tylko takie (a może "aż takie"...), a nie inne pozycje udało się naszym lokalnym partyjnym "tuzom" wynegocjować w rozmowach z wojewódzkimi/krajowymi władzami tych partii? Jeśli tak, to właśnie kształt właśnie zarejestrowanych list wyborczych pokazuje miejsce lokalnych liderów w partyjnej hierarchii w regionie. Ambicje może i są (a może i nie...), ale rzeczywistość jest okrutna.

Ja do partii zraziłem się już jakiś czas temu, o czym już kiedyś pisałem. Na wybory pójdę, jak zawsze, bo korzystanie z praw, jakie daje demokracja traktuję, mimo wszystko, jako obywatelski obowiązek. Ale jak zagłosuję? Tego jeszcze nie wiem... Mając w perspektywie następujący wybór:




... mocno zastanawiam się nad oddaniem głosu nieważnego. Również taki wybór daje mi demokracja.
A jestem już zmęczony wybieraniem pomiędzy mniejszym złem, a złem absolutnym. Pomiędzy premierem z Gdańska, a prezesem z Żoliboża; pomiędzy "Słońcem Peru", a tym, co ukradł Księżyc. Zresztą, myślę, że spory odsetek Polaków myśli podobnie. W dodatku bezbarwność i rozbrajająca mizeria naszych lokalnych "polityków" (cudzysłów użyty świadomie i celowo!) jest zatrważająca. Dlatego też poważnie rozważam oddanie głosu nieważnego. Tak w ramach cichego, indywidualnego protestu.

Ciekaw jestem, co na ten temat sądzą goście tego bloga. Zapraszam do głosowania w mocno subiektywnej mini-ankiecie -  na górze strony. Data zamknięcia ankiety: 7. października, godz. 15:00.

środa, 24 sierpnia 2011

Tajne kody na basen

Coraz ciekawiej, coraz śmieszniej... Sytuacja z basenem powoli zaczyna przekraczać granice absurdu. I zdrowego rozsądku...

Oto bowiem, jak donosi Panorama Oleśnicka, zbuntował się jeden z podwykonawców. A jego bunt przyjął dość osobliwą formę. Mianowicie: podwykonawca ten zajmował się systemem zarządzającym basenowymi atrakcjami. System ten zabezpieczył kodami, a kody utajnił. Po czym oświadczył, że kody te pozostaną tajne dopóty, dopóki konsorcjum budujące kompleks nie zapłaci mu za już wykonane prace.
A co na to konsorcjum? Pan Leszek Goliński, naczelnik Wydziału Architektury i Budownictwa UMO ujawnił, że konsorcjum z jednej strony negocjuje z tymże podwykonawcą, z drugiej jednak poszukuje innej firmy (!!!), która by ten system uruchomiła.

O ile do tej pory było śmiesznie, teraz już będzie tylko żałośnie. Bowiem żałosna jest postawa władz miasta, które w dużej mierze są odpowiedzialne za całą "aferę z basenem". Co robią władze w sprawie budowy, która według umowy miała się zakończyć prawie rok temu? Ku zdumieniu wszystkich i ku uciesze konsorcjum władze miasta wahają się. "Wahają się, czy nie odstąpić od umowy. To wiązałoby się z inwentaryzacją (koszty i czas), sporządzeniem nowej specyfikacji na roboty pozostałe, ogłoszeniem przetargu" (cyt. z Panoramy Oleśnickiej). Władze WCIĄŻ SIĘ WAHAJĄ, a przypomnę tylko, że jeszcze 14. lipca Urząd Miasta udzielił konsorcjum zamówienia z wolnej ręki na "wykonanie prac dodatkowych". Wartość tego zamówienia wynosiła ok. 460 tys. złotych. Teraz, po 5. tygodniach władze wahają się czy nie odstąpić od umowy... Śmiech na sali! Rok spóźnienia i wciąż BRAK STANOWCZYCH DZIAŁAŃ ze strony oleśnickiego Urzędu Miasta.

Ale - o dziwo - to nie koniec. Otóż w porządku obrad na najbliższą sesję Rady Miasta (31. sierpnia) znalazło się głosowanie nad stanowiskiem w sprawie funkcjonowania Prawa  Zamówień Publicznych (projekty uchwał, str. 58). W stanowisku tym znalazł się również zapis o potrzebie zmian w ustawie zasadniczej. Najwyraźniej oleśniccy samorządowcy wyszli z założenia, że łatwiej jest zmienić prawo i KONSTYTUCJĘ (!!!), niż doprowadzić do szczęśliwego (dla oleśniczan) rozwiązania całej sprawy z kompleksem sportowo-rekreacyjnym.
Wypada więc pogratulować Panu Burmistrzowi optymizmu i dobrego samopoczucia. Pan Burmistrz wciąż trwa w poczuciu własnej nieomylności i w wierze we własne "Wiedzę i Doświadczenie", a w obecnej sytuacji zawinił nie on, ale autorzy ustawy o zamówieniach publicznych.

Dziwne tylko, że w tym roku udało się z powodzeniem sfinalizować już dwie inwestycje, w których wykonawcą był TIWWAL: 1. czerwca otwarto letnią pływalnię przy Miejskim Ośrodku Sportu i Rekreacji w Częstochowie, a 2. sierpnia 2011 nastąpiło oficjalne otwarcie Aquaparku Granit w Strzelinie. Co w Oleśnicy poszło nie tak? Czym się różni Oleśnica od Twardogóry (w której basen budował również TIWWAL), Strzelina czy Częstochowy? Wykonawca ten sam... Prawo takie samo... Konstytucja ta sama... Inne władze...

Dzisiaj zrobiłem mały update Kompleksowego kalendarium: 31. lipca 2011 oraz 24. sierpnia 2011.

A tak na marginesie, natknąłem się dzisiaj na trafną satyrę na zamówienia publiczne:

Coś w tym musi być...

piątek, 19 sierpnia 2011

Czy Pan Burmistrz musi odejść?

Po urlopowej przerwie (Rumunia, Bułgaria - polecam!!) wracam do aktualizacji bloga. Pierwszym tematem, który sam nawinął się pod rękę jest facebookowa akcja "Jan Bronś musi odejść". Napisała bowiem do mnie inicjatorka całej akcji, Pani Anna Fuchs (pozwalam sobie podać pełne imię i nazwisko, gdyż ona pierwsza ujawniła swoje dane na portalu MojaOlesnica.pl) z prośbą o rozreklamowanie na blogu tej inicjatywy. Specjalnie reklamować akcji nie będę, natomiast opiszę mój punkt widzenia.

Najpierw o tym, co mi się nie podoba.
Po pierwsze: nietrafiona jest już sama nazwa akcji. Organizatorzy uderzają w lepperowski ton (wiem, nie powinno się mówić źle o zmarłych), dawno już przebrzmiały i niepotrzebnie rodzący negatywne emocje; bardziej odrzucający niż przyciągający sympatyków.
Po drugie: w swojej korespondencji ze mną Pani Anna napisała, że zorganizowała akcję "nie po to, by rozważać czy powinno być referendum czy po to, by się zastanawiać co myśli Bronś. Naszym celem było i jest zjednoczyć ludzi, którzy mają dość tego człowieka, bez podziału na przyczyny." Z drugą częścią tego stwierdzenia się częściowo zgadzam. Częściowo, bo celem tego typu krytyki nigdy nie powinien być CZŁOWIEK. Jego postawa, działalność, zaniechania - tak! Ale nigdy sam człowiek! Ataki personalne budzą odrazę i niesmak. Natomiast zjednoczenie ludzi w ramach jakiejś inicjatywy, takie małe "pospolite ruszenie" jest z reguły pozytywne i twórcze.
Po trzecie: skoro jest mowa o konieczności odejścia Pana Burmistrza, to może jednak warto byłoby się zastanowić, czy i w jaki sposób byłoby to możliwe? Pani Anna stwierdza, że Pan Burmistrz musi odejść i basta. Nie ważne jak... A szkoda, bo gdyby Pani Anna wykazała się rzetelnością i rzeczowością i przynajmniej uświadomiła nieświadomą część oleśnickiej społeczności o prawnym sposobie odwołania burmistrza, zyskałaby uznanie w oczach oleśniczan i być może więcej ludzi wykazałoby zainteresowanie całą inicjatywą. Merytoryczna wiedza zawsze się ludziom podoba i dobrze świadczy o autorze.
Po czwarte: bez urazy dla Pani Anny, ale prezentuje ona niestety nieco zbyt agresywną i roszczeniową postawę. Odpowiedzią na agresję jest agresja, stąd też bardzo niesmaczne i przykre ataki niektórych internautów krytykujących inicjatywę Pani Anny.

Jeśli chodzi o pozytywy...
Krytyka władz. Krytyka, ta konstruktywna, jest potrzebna zawsze i wszędzie. Bez krytyki władza przestaje myśleć o swoich podwładnych, przestaje liczyć się z ich zdaniem, a jedynym przejawem otwartości na sprawy mieszkańców są ankiety, publikowane na stronach Urzędu Miasta, w których głosują głownie pracownicy administracyjni Ratusza, szumnie nazywane "Konsultacjami Społecznymi". Bez punktowania błędów władzy i jej wypaczeń, władza będzie przekonana o własnej nieomylności. Problemem jest jednak niedosłyszenie, czyli głuchota władzy na wszelkie słowa krytyki; oraz buta i zatwardziałość, gdy pomimo widocznego braku objawów niedosłyszenia władza dalej robi swoje i wszem i wobec udowadnia, że jej decyzje są najlepsze. Czasem doprowadza to do takich absurdów, jak np. Pan Burmistrz obrażony na własnych podwładnych, czy Pani Rzecznik nieudzielająca wywiadów prasie.
Krytyka po raz drugi. Krytyka poczynań władz, ale adresowana do mieszkańców, mająca na celu zwiększenie jej świadomości. I więcej wyborców przekona się na własne oczy i uszy, że "Wiedza i doświadczenie" to pustosłowie i frazes rzucony od niechcenia oraz że "Oleśnica jako miasto kompaktowe i wielkoformatowe" to sprzeczność, tym więcej wyborców weźmie udział w wyborach i, co równie ważne, zrobi to świadomie.
Pospolite ruszenie. Oczywiście jeszcze nie tak pospolite, jak by się chciało, ale zawsze. Po KW Dla Oleśnicy i zbieraniu podpisów przeciwko płatnemu parkowaniu, to trzecia oddolna inicjatywa grupki osób związanych z Oleśnicą, którym nie zawsze podobają się decyzje podejmowane przez panujące władze. Niestety, dwie poprzednie były nieudane... Ale sama próba zjednoczenia to dobry znak, bo oznacza to, że idea samorządności zaczyna przenikać do świadomości oleśniczan.
Odpowiedzialność. Tutaj zgadzam się z postawą Pani Anny, że władza, administracja, urzędnicy powinni ponosić odpowiedzialność za swoje błędy i zaniechania. Po co nam radny, który nie potrafi słowem odezwać się na sesji? Burmistrzowi jest potrzebny. I owszem. Jako maszynka do głosowania. Czy urzędnik, który nie potrafi napisać przetargu inaczej, jak tylko tak, że cena jest jedynym kryterium decydującym o wyborze oferty jest dobrym urzędnikiem? Czy rzecznik, który ma problemy z komunikacyjne z pracodawcą i prasą jest potrzebny?

Jeśli chodzi o powodzenie tej inicjatywy... No cóż... Z własnej woli Pan Burmistrz na pewno nie zrezygnuje. Oleśnica to nie Wałbrzych (na szczęście!!!), Bronś to nie Kruczkowski, sprawa basenu i inne to nie afera z korupcją wyborczą (przynajmniej jak do tej pory). Na referendum też raczej nie liczę. Ale jeśli w dalszym ciągu Pan Burmistrz będzie popełniał te same błędy w błogim przekonaniu o własnej nieomylności, to przy takim tempie przyrostu liczby osób przeciwnych obecnej jego polityce, na jego miejscu już dzisiaj obawiałbym się o kolejną kadencję... No chyba, że w ostatniej chwili ponownie wyciągnie jakiegoś asa z rękawa...

Update:
W ostatniej wiadomości mailowej Pani Anna napisała co następuje: "(...) chciałabym dodać, że moim celem było wywołanie dyskusji, co się udało jak również jednoczenie ludzi o jednakowych poglądach w tej kwestii". Z taką postawą niestety zgodzić się nie mogę. Pani Anna rzuca bombę w tłum i obserwuje co się stanie, bez uprzedniej refleksji co dalej. Z przykrością stwierdzam, że to przejaw niedojrzałości i nieodpowiedzialności. Skoro wymaga się, by urzędnicy ponosili odpowiedzialność za swoje czyny i zaniechania, w dobrym tonie byłoby stawianie takich samych wymagań przed sobą.